poniedziałek, 14 marca 2016

Sądy w żółwim tempie.

Opowiem Wam pewną historię.
Toczy się sprawa rozwodowa. Jak to przy takich sprawach bywa należy rozstrzygnąć kwestię opieki nad córką. Więc Sąd powołuje biegłych czyli rodk. Biegli ustalają że korzystniejszym środowiskiem dla dziecka jest środowisko ojca. Jest wyznaczona rozprawa. Pozwana nie stawia się. Sąd kierując się opiniami biegłych powierza piecze nad córka ojcu-na czas trwania sprawy rozwodowej. Oddaje też ich pod opiekę kuratora. Pozwana mama dziewczynki nie wnioskowała ani o ustalenie kontaktów z dzieckiem, odmawiała też spisania porozumienia w tej sprawie z ojcem.
Mając postanowienie o powierzeniu pieczy rzeczony ojciec pojechał po córkę. Mama jednak odmówiła zgody na przeprowadzkę dziecka. Okazało się też że dziewczynka nie będzie jeździć do taty. W chwili obecnej maja tylko kontakt telefoniczny. Okazało się że ani kurator ani policja nie są w stanie pomóc, bo jest potrzebny osobny wyrok Sądu na odebranie dziecka-swoją drogą bardzo brzydkie określenie. Więc tata złożył takowy wniosek w Sądzie, złożył dokumenty i czeka. Cały czas córka która go bardzo kocha i która ma z nim bardzo silną więź, jest pozbawiona przez własną mamę kontaktów.
Zaprawdę, Sądowe procedury to paranoja. Potem jest lament że Sądy są zasypane pozwami. Nie rozumiem ani Sądu ani bezduszności mamy dziewczynki.

wtorek, 26 stycznia 2016

Dawno temu…

W czasie gdy lekarze nie dawali mi najmniejszych szans na wyjście z choroby i kiedy kazali przygotować się na najgorsze… W czasach gdy proponowano mi leczenie hospicyjnej, jednocześnie odstępując od leczenia tradycyjnego…
Dla najważniejszej w owym czasie osoby dla mnie namalowałam ten obrazek. Ma z tyłu cytat z małego księcia.
"Gdy popatrzysz nocą na niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do Ciebie ponieważ ja będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały."

Nigdy nie było okazji dokończyć tego obrazka. Ale teraz z perspektywy czasu uważam że taki jaki jest niesie pewne przesłanie, czytelne tylko dla mnie. I niech już tak zostanie.

niedziela, 24 stycznia 2016

Świadectwo

Długo się zastanawiałem aby coś napisać. Aby napisać historię swojej walki z chorobami.
Wszystko zaczęło się na początku 2012 roku. Po długim okresie intensywnego kaszlu i osłabienia zrobiłem podstawowe badania plus rtg płuc. Wyniki były paskudne. Nikt za bardzo nie wiedział co mi jest. Węzły chłonne wielkości orzechów włoskich, brak sił, spadek wagi... nie wyglądało to dobrze. Pierwszą diagnozą była sarkoidoza płucna. Kolejną chłoniak. I perspektywa 3 tygodni życia z uwagi na wyniszczenie.
Od razu uruchomiłem znajomych a ci swoich znajomych w celu modlitwy za mnie. Minęło pięć tygodni. okazało się że to jednak nie chłoniak. Jeszcze nie było wiadomo co mi jest jednak lekarze twierdzili iż z moimi wynikami powinienem leżeć pod maszynami z wodą w płucach.
Ludzie dalej się modlili.
Dostałem kwalifikacje do przeszczepu płuc. Zaczęły się procedury i kolejną niespodzianka. Przeszczep niemożliwy z uwagi na deformację klatki piersiowej. Nie ma gdzie zmieścić nowych płuc. Jedyna korzyść to diagnoza. Ciężka postać pochp i ciężka przewlekła niewydolność oddechowa.
Mamy już jesień. Lekarze mówią że nie przeżyje zimy i wypisują ze szpitala abym jak najwięcej czasu spędził z córeczką.
Kontrolne badania. Okazuje się że stabilizatory które miałem wszczepione w kręgosłup w dzieciństwie się połamały. Przynajmniej wiem co mnie bolało. W związku z całokształtem sytuacji lekarze włączają terapię paliatywną. I myślą jak mnie operować bo niewydolność oddechowa wyklucza narkozę.
Ludzie się modlą, jest ich coraz więcej.
Mamy koniec 2013 roku. Są lekarze którzy mnie zoperują. Operacja odbywa się bez większych stresów. Wyniki badań wskazują na to że powinienem być martwy. Lekarze nabierają wody w usta. Terapia paliatywna trwa w najlepsze. Wlewam w siebie ogromne ilości opioidów mam skierowanie do hospicjum ale mnie tam nie chcą. Żona naciska abym jednak tam się udał. Połowa 2014 roku. Mam skierowanie do domu opieki. Nie chce tam iść, żona naciska. Załatwiam zmianę leków bo morfiny i silniejsze odpowiedniki przestały działać. Ludzie się modlą, wyniki badań sugerują że jestem martwy. Żona dalej naciska na dom opieki, teraz już wiem czemu. Chce rozwodu i mieszkania.
Idę zmieniać leki. Detoks przechodzę na monarze.
Ludzie się modlą, żona odchodzi. Lekarze mówią że umrę.
Mamy koniec 2015 roku czyli minęło prawie trzy lata. Wyniki mam trochę lepsze. Stan zdrowia powoli się poprawia. Co prawda jestem na rencie i raczej na niej pozostanę ale... daje radę. Dzięki modlitwie, uporowi staram się normalnie żyć. I tyle.

niedziela, 1 lutego 2015

Zmiany w życiu nie zawsze są przyjemne.

Długo nie pisałem. Walczyłem i nadal walczę z chorobą, musiałem odstawić leki-silniejsze od morfiny, bo przestały działać. Przyszło też pogodzić mi się z decyzją żony w kwestii naszego małżeństwa i wreszcie co najważniejsze zapewnić stabilizację naszej Córeczce. Ale po kolei...
Choroba bardzo mnie zniszczyła. Pochp postać ciężka, ciężka przewlekła niewydolność oddechowa i ostatnio marskość płuc to nie przelewki. Dodatkowo silniejsze od morfiny leki które skutecznie robiły ze mnie warzywo... na leki znalazłem sposób i zdecydowałem się na detoks. Był to koszmar ale opłaciło się.
Dwa dni przed detoksem moja żona oświadczyła mi że chce rozwodu. Powodem niby jest moja choroba i jak to stwierdziła ''nie chce do końca życia być moją pielęgniarką i opiekunką oraz że ma prawo do szczęścia''. Podczas mojego pobytu w szpitalu sprowadziła do domu kochanka... to było w połowie października ubiegłego roku. Do tej pory jest już z czwartym z kolei partnerem. Ale wiecie nie to jest najgorsze... Tragedia jest to że ona z każdym nowym poznaje naszą córkę i angażuje ją w te kontakty. Wiki co chwilę poznaje nowego ''wujka''... Mimo że ma trzy lata to swoje uczucia ma a taki brak stałości musi być dla niej trudny. Pomijam tu pomysły żony na wyjazdy z każdym nowo poznanym facetem a to za granicę a to na drugi koniec kraju... I nie da się jej powiedzieć że robi krzywdę naszej córeczce. Żona zawsze ma odpowiedź ''ja mam prawo do szczęścia''. Ok a co ze szczęściem wiktorii?
Staram się spędzać z córka jak najwięcej czasu i dawać jej poczucie bezpieczeństwa, spokój i stałą sytuację. Póki co odnoszę sukces:)

W piątek Wiki brała udział w jasełkach w przedszkolu. Była przebrana za baranka:). Na przedstawienie chciałem iść z żona bo Wiki ciągle prosi o rodziców w komplecie. Niestety Angela miała inny pomysł i stwierdziła że na przedstawienie idzie ze swoim kochankiem. Nie dało się jej przekonać. Pomyślałem trudno, idę też najwyżej siądę gdzieś indziej. Jednak na moment przed przedstawieniem okazało się że mama na widowni nie będzie. Gdzieś pojechała ze swoim partnerem. Wiki na początku było trochę przykro ale udało mi się ją uspokoić. Przez całe przedstawienie z dumą pokazywała mnie wszystkim ze słowami ''mój tata''. Wogóle to w szatni gdy tylko jakieś dziecko znajdzie się blisko mnie, Wiki od razu zastawia drogę, przytula się do mnie i zaborczym głosem mówi ''ej to mój tata'' :)
Kochany maluch:)

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Śląsk sam się utrzyma?

Bardzo popularne twierdzenie kiedyś, dziś zdaje się wracać do obiegu. Że to MY utrzymujemy "Warszawkę", że musimy tyrać na wszystkich, że gdyby był skarb śląski i 60% dochodu zostawałby w regionie to byłby tutaj kraj mlekiem i miodem płynący. Że Śląsk jest sam w stanie się utrzymać nawet jako odrębny kraj.

Dobrze, wszystko pięknie tylko... Jak Nasz ukochany Śląsk miałby się sam utrzymać kiedy tutaj już wszystko (prawie) zostało rozkradzione, wyprzedane, zdewastowane lub oddane na złom? Przecież tu już nie ma z czego czerpać zysku. Jaki procent ze śląskich zakładów, kopalń itp nadaje się do użytku względnie do uruchomienia niskim kosztem? Ile procent to polski kapitał? W obecnych realiach utrzymanie się jako odrębny kraj jest chyba niemożliwe.

czwartek, 5 czerwca 2014

Choroby, lekarze i codzienne życie.

Aby się nie dublować na początek podpinam link do mojego drugiego bloga, typowo medycznego. Opisującego naszą walkę z rzadkimi chorobami. A więc zapraszam Neurobibromatoza
Sytuacja dotyczy podejścia lekarzy do małego pacjenta. Lekarka specjalistka z kliniki, teoretycznie powinna być bardzo zaangażowana w leczenie pacjentów po wyjściu z oddziału szpitalnego. Jest jednak inaczej. Olewanie, odkładanie terminów, brak czasu i zrzucanie wypisywania opinii do orzecznictwa o niepełnosprawności na lekarza rodzinnego. Po drugiej stronie frontu lekarka rodzinna, może i nie ma tak rozległej wiedzy jak jej poprzedniczka, ale ma coś ważniejszego. Powołanie. Gdy tylko zona przyszła z dokumentacją lekarską lekarską zostały podjęte natychmiastowe działania. Pani doktor powiedziała że nie ma na co czekać i zaczęła załatwiać bardzo dobrego neurologa. oprócz tego rozpoczęła poszukiwanie leku na mioklonie przysenne. Diagnostyka będzie nadal kontynuowana. To własnie za takie zachowanie (olewanie pacjentów) minister zdrowia powinien pozbawiać prawa do wykonywania zawodu a nie za postępowanie zgodne z sumieniem. Ochrona życia w każdym jego stadium to jeden z filarów przy tworzeniu zdrowego i szczęśliwego Narodu.
A tak w ogóle to złapałem znowu wirusa gier komputerowych. Na szczęście będąc na rencie dysponuje czasem. Żona to akceptuje bo to na razie jedyna forma rozrywki dla mnie.